Walizka

„Walizka”

Autor: Grzegorz Ławniczek
26 września 1998

Kiedy się przebudziłem za oknem panował jeszcze półmrok. Zaspany spojrzałem na zegarek: dziesięć po szóstej. Mimo, że miałem za sobą kilka godzin snu, nadal czułem się zmęczony – bolała mnie głowa i nogi. Wczorajsza podróż zatłoczonym pociągiem do reszty mnie wykończyła. Postanowiłem jeszcze nie wstawać, pospać przynajmniej do dziesiątej. Mniej więcej dwa metry ode mnie, na sąsiednim łóżku, leżał współlokator chrapiąc w najlepsze odwrócony do mnie plecami. Nie miałem pojęcia ani kim jest ani jak wygląda. Przyszedł w nocy i nie zdążyłem mu się dobrze przyjrzeć. Pamiętam tylko, że miał dużą walizkę, bo wchodząc o mało co nie uderzył mnie nią w głowę.
Przewróciłem się na drugi bok, zamknąłem oczy i usilnie próbowałem zasnąć. Pomyślałem o Marcie – ciekawe co ona teraz robi? Pewnie śpi, lecz za parę minut budzik zerwie ją na równe nogi i jak co dzień pobiegnie do pracy. Później, gdy przyjdzie, będzie się przy obiedzie żalić jaka to dzisiejsza młodzież jest nieznośna. Ale dzisiaj nie wysłucham jej, nie obejmę i nie pocieszę, bo po prostu nie będę przy niej. Ona jest tam, ponad trzysta kilometrów ode mnie, śpi spokojnie, a ja jestem tutaj, w małym hoteliku wielkiej metropolii, próbując zasnąć. A może ona w tej samej chwili również o mnie myśli? Jakoś lżej mi się zrobiło na sercu. Teraz już z pewnością nie zasnę – pomyślałem.
Nagle zdało mi się, że słyszę przy drzwiach jakieś szmery. Może to sprzątaczka, która po otwarciu drzwi stwierdzi, że pokój jest zajęty, i wyjdzie. Klucze należy zdać najpóźniej do jedenastej, więc do tego czasu nikt nie miał prawa nas wcześniej wyrzucić – pomyślałem. Leżałem nieruchomo usiłując zasnąć, lub raczej udając że śpię.
Szmer przy drzwiach nie ustępował, a ja starałem się nie zwracać na to uwagi. Nie wiem, czy był to objaw strachu z mojej strony, czy tylko lenistwo wynikające ze zmęczenia. Czekałem na dalszy przebieg wydarzeń, pozostając w pozycji skulonej z zamkniętymi powiekami, przyczajony niczym tygrys, a może raczej jak mysz pod miotłą. Słyszałem zgrzyt przekręcanego klucza w zamku, ciche skrzypienie otwieranych drzwi i kroki, jakby ktoś się skradał. Już miałem wyskoczyć z łóżka, gdy nagle do mych uszu dobiegł szept:
– To on, ten z lewej – powiedział gruby męski głos.
– Skąd wiesz… – odezwał się drugi, bardziej młodzieńczy.
– Nie widzisz, blondyn, i przy jego łóżku leży walizka…
– Masz kurwa rację!
– Sprawdź walizkę, ale cicho… – rozkazał szeptem ten pierwszy.
Nadal leżałem nieruchomo. Byłem sparaliżowany strachem, nie mogąc ruszyć nawet palcem u nogi. Więc to byli zwyczajni złodzieje… Ale skoro poznali mojego współlokatora, więc musiały to być jakieś osobiste porachunki. Lepiej do takich spraw się nie mieszać… – pomyślałem. Przecież ich jest w końcu dwóch. A może i więcej…
Pewnie zanim tamten by się obudził, zdążyliby mi nieźle dokopać! I po co mi to, grać bohatera… – rozmyślałem skulony pod kocem. Czarne myśli przelatywały z prędkością ekspresu. Zdawałem sobie sprawy z beznadziejności swej sytuacji, leżałem więc nadal w bezruchu, wytężając słuch, i zwracając jednocześnie baczną uwagę na oddech, aby był miarowy i do złudzenia przypominał oddech śpiącej osoby.
Po chwili dobiegł mnie cichy zgrzyt otwieranej walizki.
– I co? Jest towar…?
– Jest… nie ruszany!… – rzekł młodszy z entuzjazmem.
– W porządku! Załatw go i zmywamy się!
– Po co? – odparł ze zdziwieniem ten młodszy. Równocześnie i po mojej głowie jak rykoszet przemknęło to pytanie. Z przerażeniem wyobraziłem sobie, co może za chwilę nastąpić. Przecież, jeżeli załatwią tamtego, to z całą pewnością również i mnie. Po cóż zostawiać świadka morderstwa. Ale dlaczego do tej pory nie zwrócili na mnie jeszcze uwagi?
– Nie pytaj gówniarzu, tylko rób swoje! Chcesz mieć go na karku do końca życia? W tej robocie nie ma zmiłuj się! Albo ty jego, albo on ciebie! – cedził powoli przez zęby.
Boże! Poczułem się nagle jakbym miał nóż na gardle. Nigdy w życiu nie czułem się taki mały. Pragnąłem zapaść się pod ziemię, zmienić się w mrówkę lub muchę. To jednak nie było możliwe. Pomyślałem sobie, że w tej sytuacji jedyną moją deską ratunku jest udawać śpiącego i jeżeli mnie zauważą, to pomyślą sobie, że nic nie słyszałem, a tym samym jestem niegroźny. Może to mi da chociaż minimalną szansę przeżycia – zastanawiałem się rozpaczliwie szukając wyjścia.
Spokojnie, powoli, ale systematycznie zacząłem coraz głośniej oddychać, niemal chrapać. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jeżeli drgnie mi powieka – będę martwy. A błaganie o litość, o życie w tej sytuacji nie wchodziło w rachubę!
Nagle usłyszałem cienki, przejmujący, cichy świst. Po nim szybkie kroki, przymknięcie drzwi, bez ani jednego zbędnego słowa.
Więc jednak mnie nie zabili, jednak żyję – pomyślałem w pierwszej chwili. Poczułem nagle, jak spada mi z serca ogromny ciężar. Nie mogłem się nacieszyć, nadziwić. Przed oczami stanęło mi całe moje życie: dzieciństwo, koleżanki w szkole, kłótnie rodziców, prywatki w akademikach, moja ukochana żona Marta… Całe życie w jednej chwili, w jednej małej pigułce… Dopiero po jakimś czasie, po pierwszej fali szczęścia jaka mnie zalała zaspokajając próżność, zacząłem zastanawiać się nad swoim położeniem. Cieszyłem się że żyję, a przecież tuż obok leżał martwy człowiek – człowiek którego nie znałem, który zginął bądź co bądź również i za mnie – pomyślałem. Zrobiło mi się głupio. Czułem się podle. Wyobraziłem sobie wielką mokrą plamę krwi na sąsiednim łóżku, być może skrawki skóry czy włosów na ścianie. Na samą myśl zrobiło mi się niedobrze. Chciałem nawet wymiotować, lecz ostatecznie zapanowałem nad tym odruchem.
Wiedziałem, że muszę w końcu przestać udawać, wstać i spojrzeć prawdzie w oczy. Musiałem zawiadomić policję, obsługę hotelu. Już wyobrażałem sobie te ciągnące się godzinami wyjaśnienia na komisariacie. Będę ich głównym świadkiem, a być może również i oskarżonym. W końcu doszedłem do wniosku, że im dłużej będę zwlekał z podjęciem decyzji, jakiegoś konkretnego działania, tym bardziej będę odpowiedzialny za tą głupią śmierć.
Jeszcze tylko policzę do trzech. Tak… Policzę do trzech, wstanę, spojrzę na niego tylko raz, i szybko udam się do recepcji aby zadzwonić po policję – układałem w myślach plan działania.
Raz… dwa… trzy… Otworzyłem oczy. To dziwne. Wszystko zobaczyłem z innej perspektywy. Widziałem cały pokój z góry, tak… jakbym znajdował się dokładnie pod sufitem. Zobaczyłem mojego współlokatora, jak zrywa się obudzony odgłosem strzału i jak z niedowierzaniem patrzy na sąsiednie łóżko. Na łóżku leży mężczyzna: tonie we krwi, która powoli, już coraz wolniej sączy się z jego głowy, a może z tętnicy szyjnej. Ten mężczyzna we krwi ma na głowie niedbale założoną perukę z blond włosami, teraz będącą w nieładzie, posklejaną zakrzepłą krwią.
Współlokator spokojnie bierze perukę dwoma palcami z głowy denata, wkłada do nylonowego woreczka, po czym całą zawartość chowie w kieszeni płaszcza. Następnie ubiera się i wychodzi. W pokoju pozostaje martwe ciało – moje ciało…

(Poprawki: 18.04.98 20:47:25, 98-09-22 17:39, 4 grudnia 1998, 99-01-02 23:01)

Utwór był czytany jedynie przyjaciołom. Wszelkie prawa zastrzeżone. Proszę o opinie. Kontakt z autorem.